Mam na imię Marta, mam 22 lata i studiuję stosunki międzynarodowe na uniwersytecie w Warszawie. Angielski jest wszędzie w moim kierunku — artykuły naukowe, konferencje, oferty pracy — ale przez najdłuższy czas moje słownictwo wydawało się mieć sufit. Uczyłam się nowych słów na egzamin, zdawałam test i zapominałam je w ciągu tygodnia.
Próbowałam wszystkiego. Zeszyty pełne list słów. Karteczki samoprzylepne na lustrze. Nawet nagrywanie siebie, jak czytam definicje na głos. Nic nie zostawało na dłużej. Frustrujące było to, że rozumiałam słowa, gdy je widziałam — po prostu nie potrafiłam ich sobie przypomnieć, gdy musiałam napisać esej lub mówić na seminarium.
Odkrycie LexiMory
Koleżanka z roku wspomniała o LexiMory podczas wspólnej nauki. Pobrałam ją myśląc, że to będzie kolejna aplikacja z fiszkami, której użyję przez tydzień i skasuję. Ale coś było inne. Gdy dodawałam słowo, nie dostawałam tylko tłumaczenia — dostawałam obraz, dźwięk i przykładowe zdania. Słowo jakby miało osobowość, a nie tylko definicję.
Prawdziwym przełomem były powtórki rozłożone w czasie. Nie musiałam decydować, kiedy powtarzać. Aplikacja po prostu pokazywała mi odpowiednie słowa w odpowiednim momencie. Niektóre dni to było pięć słów, inne dwadzieścia. Ale każda powtórka wydawała się celowa, nie jak bezsensowna praca.
Rezultaty
Po trzech miesiącach sprawdziłam zapisane słowa — ponad 300. I zaskakujące było to, że naprawdę je pamiętałam. Nie w sensie "chyba kojarzę", ale w sensie "użyłam tego słowa na wczorajszej prezentacji". Moi profesorowie też to zauważyli. Jeden skomentował, że mój pisany angielski stał się zauważalnie bardziej precyzyjny.
Najlepsze jest to, że to nie przypomina nauki. Otwieram LexiMory w tramwaju, robię powtórki w dziesięć minut i idę dalej ze swoim dniem. Żadnego wkuwania, żadnego stresu. Tylko stałe, realne postępy. Jeśli kiedykolwiek czułeś, że nowe angielskie słowa wchodzą jednym uchem i wychodzą drugim, szczerze polecam spróbować.